Biuletyn Informacji Publicznej Biuletyn Informacji Publicznej
Elektroniczna Platforma Usług Administracji Publicznej
Elektroniczne biuro obsługi mieszkańca

NABÓR NA WOLNE STANOWISKA

Grupa: NABÓR NA WOLNE STANOWISKA
Nazwa pozycji: Kajakiem po Wisłoku
Data publikacji: 2007-06-21
II Regionalny Spływ Kajakowy „Przełomami Wisłoka” w tym roku przebiegł bez zakłóceń i kajakarze, zgodnie z planem, pokonali w dniach 15-16-17 czerwca Wisłok na odcinku od Frysztaka do Rzeszowa. Spływ zaistniał dzięki współpracy Starostwa Powiatowego w Strzyżowie oraz LOT „Pogórze” z Klubem POL SURVIVAL, działającym przy rzeszowskim PTTK. Piątkowy poranek przywitał nas słońcem i błękitem. Z Frysztaka wypłynęliśmy z pewnym opóźnieniem, jednak tempa I etapu nie można nazwać „intensywnym”. Po drodze mijaliśmy malownicze, wysokie skarpy (niekoniecznie obwieszone workami foliowymi i zaśmiecone różnej maści plastikami) oraz charakterystyczne w tej części powiatu wiszące kładki. Woda w rzece miała zdecydowanie wyższy poziom niż w ubiegłym roku, kiedy to uskutecznialiśmy liczne „przenoski” a prawie wszystkie kajaki ucierpiały i trzeba je było łatać. Tym razem uszkodzony został jeden kajak, niestety tak skutecznie, że nie można nim było płynąć i pechowa osada zrezygnowała z dalszego wiosłowania w Wysokiej Strzyżowskiej. Na szczęście było to na tyle blisko Strzyżowa, że bez trudu drogą lądową dotarli do miejsca planowanego postoju. W godzinach popołudniowych dopłynęliśmy na miejsce i rozbiliśmy biwak na boisku sportowym przy ul. Grunwaldzkiej. Smacznym posiłkiem podjął nas właściciel Knajpy Przystań: ruskie pierogi skutecznie zaspokoiły głód. Część osób wybrała się na krytą pływalnię w Strzyżowie, żeby popływać i „uzupełnić energię” po dniu machania wiosłem. Specjalnie dla nas przygotowane ognisko rozpaliliśmy o zmierzchu. Na przyszły rok trzeba będzie opracować mały śpiewnik piosenek szantowych – wspólne śpiewanie napotykało na zbyt wiele trudności. Sobotni ranek przywitał nas słońcem. Trzeba było rozpalić ogień, zagotować wodę na herbatę i przygotować kanapki. Zwinięcie obozu przebiegło sprawnie, łatanie kajaków nie zajęło dużo czasu i ruszyliśmy w dalszą drogę. Upalna pogoda i parność powietrza zapowiadał deszcz i rzeczywiście, przed godziną 15., kiedy zbliżaliśmy się do kolejnego miejsca biwakowania w Lubeni, zaczęło grzmieć, po chwili padać. Z początku słaby deszcz przerodził się w gwałtowną ulewę, która przeszkadzała kolejnym osadom w wyciągnięciu kajaków na brzeg. Ulewa nie trwała jednak długo a burza przeszła bokiem. Po rozbiciu namiotów udaliśmy się do Ośrodka Wypoczynkowego „Maraton”, gdzie ugoszczono nas kolacją. Obozowisko sąsiadowało z zamkniętą, plenerową imprezą jednej z dużych rzeszowskich firm. Spotkaliśmy się z zainteresowaniem i życzliwością kilku osób, które poczęstowały nas owocami i rozpytywały o warunki uczestnictwa w spływie. „Nocne Polaków rozmowy” przeciągnęły się niemal do północy, obozowicze wzmacniali się kiełbaskami pieczonymi na patykach nad ogniskiem. Rozgwieżdżone niebo zapowiadało powrót ładnej pogody. Po krótkiej nocy powitał nas rześki, mglisto - słoneczny poranek. Dzień zapowiadał się bajecznie. Wśród płynących były osoby od lat związane z kajakarstwem, mające za sobą duży staż, w tym członkowie kajakarskiej sekcji Pol – Survival. Lata wspólnych wypraw wytwarzają niewątpliwie specyficzne więzi. Niedzielę rozpoczęliśmy mszą św., którą na kajakach między namiotami odprawił dla nas ks. Grzegorz, uczestnik wielu wypraw kajakowych Klubu. Uroczystości prymicyjne przeżywał 2 tygodnie wcześniej a eucharystia w ten niedzielny poranek dla wielu z nas miała rzeczywiście wyjątkowy charakter. Śniadanie w plenerze fantastycznie smakuje. Przygotowane przez kilka osób kanapki znikają w błyskawicznym tempie. Zawsze mnie zastanawiało – dlaczego te z dżemem mają najlepsze wzięcie? Składanie obozu i suszenie namiotów ociekających rosą potrwało do 10. Po uprzątnięciu placu kierownik spływu pan Zygmunt Solarski zapowiedział niespodziewaną wizytę szacownych małżonków Neptuna i Prozerpiny ze świtą. Trzeba ich było jednak zaprosić zgodnym chórem, co uczyniliśmy – nie w pełni świadomi tego, co nas czeka. A mieliśmy przed sobą „chrzest wodniacki”. Wszystkie „oseski kajakowe” musiały przejść próbę zgotowaną przez diabelską świtę Neptuna, wykazać się odwagą, hartem ducha i dobrym humorem. Błotna kąpiel, czołganie po pokrzywach i połknięcie mikstury o podejrzanym składzie poprzedzało audiencję u pary władców wszelkich wód. Neptun uroczyście nadawał każdemu imię po czym przecudnej urody Prozerpinę należało ucałować w kolanko, odpowiednio przygotowane do odbierania hołdów. Każdy nowicjusz spisał się dzielnie, by nie rzec bohatersko. Po chrzcie można było zrobić tylko jedno: rzucić się w wody Wisłoka i cierpliwie zmywać z siebie błoto, szminki, sadze i nie wiadomo co. W końcu wypłynęliśmy. Około 2 km za Lubenią czekała nas ostatnia na trasie przeszkoda, którą trzeba było umiejętnie pokonać. Półka skalna i duże kamienie dawały kajakom możliwość przepłynięcia w jednym miejscu, blisko lewego brzegu. Trzeba było jednak szybko odbić na prawo, żeby nie utknąć na dobre. Wspaniała akcja nawigacyjna prowadzona przez Pigmeja i Marka przyczyniła się niewątpliwie do sukcesu i brawurowej akcji wielu osad. Teraz czekały nas już tylko głębokie wody. Bliżej Rzeszowa, gdzie Wisłok zmienia trochę swój charakter i staje się rzeką głęboką o leniwym nurcie, stanęliśmy na dłuższą chwilę, z powodzeniem utworzyliśmy też z kajaków i wioseł „gwiazdę”. Zbliżała się Lisia Góra, słońce stało w zenicie i przez wiele głów zapewne przemknęła refleksja: „...a jutro do pracy...”. Niestety, trzeba było w końcu dobić do brzegu, wyczyścić kajaki, załadować je na przyczepy i zgodnie z życzeniem kierownika spływu „czule sie pożegnać”. Może spotkamy się znów za rok a może wcześniej na innej rzece... Szczególne podziękowania za miłą atmosferę spływu należą się jak zwykle panu Zygmuntowi, czuwającemu nad bezpieczeństwem całej wyprawy. Podziękowania od uczestników i organizatorów spływu kieruję również do Jurka Tarnowskiego, właściciela Knajpy „Przystań” w Strzyżowie, Wiesława Myszki, właściciela Ośrodka Wypoczynkowego „Maraton” w Lubeni oraz Edwarda Lipy, właściciela firmy transportowej w Wiśniowej, który przewoził nas i nasze bagaże. Na kolejny spływ kajakowy malowniczymi przełomami Wisłoka, gdzie zgodnie z przyjętym mottem „...nie stracisz powagi a ubędzie ci trochę wagi” zapraszamy za rok. [Inf. własna, oprac. Monika Zdunek.]


Osoba publikująca: Wiesław Plezia
Data publikacji: 2007-06-21

Załączniki

  • Ilość pobrań: 0